Marketing

Jedzenie bez wyrazu

Tegoroczna Noc Reklamożerców w Krakowie nie była może najgorsza z dotychczasowych, jednak pewne symptomy wyczerpania formuły dały się zauważyć. Ta na poły amatorska impreza broni się albo jakością prezentowanych reklam, albo towarzyszącymi jej akcjami sponsorów. Tym razem sponsorzy byli marni: praktycznie niczego nie rozdawali za darmo, a poziom ich własnych reklam pozostawiał wiele do życzenia. Stawianie na „user generated content” przez M&M’sy zaowocowało zbiorem nudnych skeczy – może prezentowane pojedynczo zrobiłyby większe wrażenie, w masie jednak przedstawiają się fatalnie.

Nie było ani darmowego piwa (jak w zeszłym roku), ani żadnego darmowego zimnego napoju (jak w zeszłym roku), ani darmowej kawy (jak w zeszłym roku), ani ciasteczek (podobnie). Za to była interaktywna gra, w której wygrani otrzymywali smycz Lecha, a przegrani kopniaka prądem.

Tegoroczny dobór reklam też nie był zbyt fascynujący. Nie można odmówić im profesjonalizmu, warto też obejrzeć produkcje z Belgii, Holandii, Szwajcarii i – tradycyjnie już – Rumunii, jednak brak było choćby wyjątkowo rozbrajających reklam dalekowschodnich.

Zamiast tego zaserwowano nam dość obszerny wybór francuskich reklam z lat 50-tych i 60-tych. Mnie osobiście niemal kompletnie abstrakcyjne animacje wyjątkowo się podobały, jednak czas ich projekcji był również czasem wzmożonego ruchu innych widzów w kierunku foyer multipleksu.

Niemniej, jak co roku, warto się było wybrać, zobaczyć przegląd tego, co zgromadził pan Bouriscot. Szkoda, że nie udostępnia już na swoich stronach archiwum reklam – jeszcze do niedawna można było je przeglądać. Dlatego nie mogę dać linków bezpośrednio do reklam, które warto było zobaczyć, a jedynie pokrótce je opisać. Może ktoś zna do nich adres.

Zupełnie brakowało reklam, ktore swoją prostotą zachęcają do tworzenia własnych przeróbek, jak np. wojna reklamowa Apple z Microsoftem. Tu akurat można zrozumieć intencje twórcy przeglądu, wszak chodzi w nim bardziej o pewną popisowość rozwiązań, nie wartość tworzenia dialogu z konsumentami. Jednak właśnie do tego nurtu należała najbardziej urzekająca japońska reklama rowerów z osobami śpiewającymi karaoke – może dlatego, że w ogóle mało było produkcji dalekowschodnich, a może dlatego, że tylko ta dałaby się w prosty sposób naśladować przez amatorów.

Inna ciekawa reklama to czeski spot magazynu metalowego, dość brutalny, gdzie jacyś karabinierzy albo inni celnicy szukają ukrytego metalowego przedmiotu u kobiety – w końcu zauważają, że gdy już nie ma ona nic na sobie, wykrywacz wariuje po przyłożeniu go do jej głowy.

Piękna jest animowana reklama domów fundacji Ronalda McDonalda – można nie zgadzać się z pewną hipokryzją największego fast-foodu, jednak idea budowania domów-szpitali pozwalających rodzicom spędzać czas z chorymi dziećmi z dala od rodzinnego miasta jest słuszna i przejmująco przedstawiona w samej animacji.

Belgijski metalowy klub muzyczny – krótko, a konkretnie.

Antynikotynowa reklama amerykańska wykorzystała (co oczywiste) wizerunek kowboja: ten nie umiera wprawdzie, ale przy pomocy aparatu wstawionego w miejsce krtani metalicznym głosem śpiewa przebój country, w którym wyjaśnia, że może palenie nie kończy się od razu śmiercią, ale pewne niedogodności mogą mu towarzyszyć.

Ze starych reklam interesująca była seria paliwa Azur – bardzo abstrakcyjne w formie animacje, gdzie podróż samochodem odbywa się w zawrotnym tempie. Prawie jak w grze komputerowej na Atari. Tylko że reklama pochodzi z połowy lat 50-tych.
Niestety, w Sieci można znaleźć inną, nie tak wyrazistą, ale jednak wartą obejrzenia – bielizny Peter Pan.

Na widzach spore wrażenie zrobiła natomiast reklama Nissana, podobna w koncepcie do tej, jaką niegdyś przedstawił Citroen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.